Rodzice wykluczeni

wikicommons
Nie mają reprezentacji. Nie interesują się nimi placówki publiczne. Większość regulaminów, w ogóle nie przewiduje sytuacji, w jakiej się znaleźli. Nie ma ich w żadnych statystykach. Są ich tysiące. I często muszą podejmować dramatyczne decyzje. Mówię, oczywiście o rodzicach-studentach.

Ta grupa jest kompletnie niewidzialna na uczelniach. Główny organ reprezentujący studentów (w tym i tych wychowujących dziecko) to samorząd. Studiujący rodzice ze względu na swoje obowiązki zwyczajnie nie mają czasu na „życie studenckie”, co de facto wyklucza ich z możliwości wyboru do samorządu i co za tym idzie reprezentowania swoich interesów. Siłą rzeczy wybierane są osoby znane i lubiane, a rodzicom-studentom ciężko jest spełnić szczególnie to pierwsze kryterium.



Uczelnie wychodzą z fałszywego założenia, że samorządy reprezentują studentów. Przez to także i one nie widzą problemu. Samorząd nie informuje, bo albo w lepszym wypadku sam nie jest poinformowany, albo – co bardziej prawdopodobne – zajmuje się tym, czym większość tego typu organów w Polsce, tj. organizacją imprez. A młodzi rodzice nie mają czasu na pisanie petycji, czy chodzenie po dziekanatach. To w większości ludzie, którzy wychowują dziecko, uczą się i nierzadko także pracują.

To czyni rodziców najbardziej wykluczoną grupą studentów, która nawet nie jest w stanie fizycznie upomnieć się o swoje prawa. A jest to grupa bardzo liczna. Szacunki mówią o liczbie kilkudziesięciu tysięcy. Konkretów nie ma. Główny Urząd Statystyczny milczy, a uczelnie nie gromadzą takich informacji. A to skutkuje kolejnym osłabieniem pozycji studiujących rodziców. W większości regulaminów studiów nie istnieje nawet pojęcie studiującego rodzica.

Macierzyństwo na studiach warto wspierać z kilku powodów. Podstawowy – nie może być tak, że początek macierzyństwa oznacza brutalny koniec marzeń o karierze naukowej. Po drugie – urodzenie dziecka na 4-5 roku studiów wyrówna szanse kobiet i ułatwi im start w karierę zawodową. Pracodawca nie będzie miał z tyłu głowy – młoda kobieta, to pewnie zaraz zajdzie w ciążę. Ona dziecko już ma, także to „ryzyko” jest dla pracodawcy ograniczone. I po trzecie – wcześniejszy start w macierzyństwo to większe szanse na wzrost liczby rodzin wielodzietnych. A to bardzo ważne w dobie kryzysu demograficznego.

Sposobów na wspierania studiujących rodziców jest mnóstwo, są to chociażby stworzenie instytucji urlopu macierzyńskiego na studiach, pierwszeństwo przy układaniu planu zajęć, indywidualna organizacja studiów, stworzenie pokojów matki z dzieckiem, czy wreszcie powstanie żłobków na uczelniach. Aby realizować zwłaszcza ten ostatni cel od stycznia tego roku ruszy rządowy projekt „Maluch na Uczelni” zainicjowany przez Ministerstwo Nauki, Ministerstwo Pracy oraz Niezależne Zrzeszenie Studentów UW.

Jednak budowa żłobków to tylko szczyt góry lodowej. Sytuacja studiujących rodziców nie zmieni się diametralnie, jeżeli rektorzy nie wprowadzą szeregu zmian na swoich uczelniach. W tym szczególnie wspomniane urlopy macierzyńskie, indywidualna organizacja studiów, czy pierwszeństwo w dostępie do świadczeń socjalnych. Nie bez znaczenia są także zmiany w mentalności społeczności unwersyteckiej.

Uczelnie trzeba w realizacji tych celów pilnować. Bo niestety takie działania uczelni po prostu nie interesują. Jak żłobki powstawały, to tylko dla pracowników uczelni. W powstaniu takowych dla dzieci studentów uniwersytety nie miały interesu. Żłobek na uczelni nie jest argumentem w procesie rekrutacyjnym – mało który 19-latek myśli o posiadaniu dziecka. Problem dotyka studentów, którzy już wybrali uczelnie i raczej jej nie zmienią. Dlatego realne zmiany nastąpią tylko wtedy, gdy powstanie realny nacisk na władze polskich uczelni.
Trwa ładowanie komentarzy...